09 lipca 2009

Rzecz bez wizerunku

W poprzednich postach wskazywałem ('Zakaz fotografowania'), na brak istnienia „prawa do wizerunku rzeczy”, które wypływałoby z prawa własności tej rzeczy i byłoby analogiczne z prawem do wizerunku osoby (z tym, że uprawnienie takie przysługiwałoby właścicielowi rzeczy). Chciałbym ten temat trochę pogłębić, a z drugiej strony – „pogdybać” nad potencjalnymi konsekwencjami dopuszczenia takiego rozwiązania.

1) Jeżeli stwierdzamy, że „prawo do wizerunku rzeczy” nie istnieje, czy oznacza to, że można całkowicie dowolnie (nie przejmując się właścicielem rzeczy) korzystać z fotografii rzeczy, w każdym przypadku (oczywiście poza sytuacjami szczególnymi, gdy np. przedstawiamy wizerunek rzeczy będącej jednocześnie egzemplarzem utworu)?

Wyjdźmy od wcześniej sygnalizowanego odróżnienia samej czynności fotografowania od korzystania ze zdjęć. „Prawo do wizerunku rzeczy” w istocie odnosiłoby się tylko do tej drugiej aktywności, podobnie jak prawo do wizerunku na gruncie prawa autorskiego dotyczy rozpowszechniania tego wizerunku. W takim rozumieniu „prawo do wizerunku rzeczy” nie istnieje (abstrahując od potencjalnych przepisów szczególnych, które reglamentują możliwość swobodnego pokazywania określonych obiektów czy przedmiotów, np. w związku z ochroną informacji niejawnych).

Pozostaje jednak jeszcze pierwsza sfera działań, a więc samo fotografowanie przedmiotów materialnych, które może wiązać się z wejściem w sferę zakazów prawnych i cudzych uprawnień (podobnie w przypadku wizerunku, gdzie możemy naruszyć cudze dobra osobiste, np. prywatność).

Odwołując się do poprzednich spostrzeżeń, możemy założyć, że niektóre ze sposobów fotografowania rzeczy (których wizerunek nie podlega ochronie jako taki), czy też dostępu do niej w celu fotografowania, naruszać mogą prawo lub uzasadnione interesy właściciela (np. włamanie w celu sfotografowania unikalnej odmiany kwiatu, fotografowanie zamkniętych dla publiczności obiektów, mimo braku uiszczenia wymaganej za to opłaty). Korzystanie z fotografii uzyskanych w taki sposób, chociaż samo w sobie nie podlega ochronie, jest w istocie czerpaniem korzyści z czynu nagannego.

Rozumując w powyższy sposób wchodzimy potencjalnie na grunt odpowiedzialności deliktowej. Ujawnienie zdjęć zabezpieczonego i nieujawnionego projektu, znaleziska, wyniku prac hodowlanych itp. (znowu abstrahując od sytuacji, w których dobra takie są chronione np. prawem autorskim) może wywołać niekorzystne następstwa dla właściciela (np. zmniejszyć spodziewane wpływy w związku z planowanym ich późniejszym ujawnieniem). Podobnie fotografowanie chociażby wskazanych wyżej obiektów bez uiszczenia opłaty, wymaganej przez właściciela (który reglamentuje do nich dostęp w celu „zarabiania” na umożliwianiu fotografowania), powoduje konkretny uszczerbek majątkowy. Sytuacje tego typu mogą być uznane za szkodę w rozumieniu cywilistycznym (czyli nie tylko rzeczywista strata, ale także utracone spodziewane korzyści).

Jeżeli więc w danym przypadku powstaną wszystkie przesłanki odpowiedzialności z tytułu czynów niedozwolonych, a więc bezprawność (przypadek powyżej wskazanego czynu nagannego), szkoda, czyn taki jest zawiniony oraz istnieje związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy czynem a szkodą, można się zastanawiać nad zastosowaniem tej podstawy roszczeń odszkodowawczych.

W sytuacji takiej nie następuje rozciągnięcie prawa własności na „wizerunek rzeczy”, a więc nie ma bezpośredniego uprawnienia właściciela do zakazywania korzystania z utrwalenia „wizerunku rzeczy”. Powstałaby jednak pośrednia (i ograniczona) możliwość ochrony „wizerunku rzeczy”, a raczej sfery interesów majątkowych które z własności rzeczy wynikają.

2) Jakie jednak byłyby konsekwencje uznania, że prawo własności rozciąga się nie tylko na ten pierwszy obszar działań, a więc czynności związane z fotografowaniem, ale także na etap „po”, tzn. na korzystaniu z utrwaleń „wizerunku rzeczy” (inaczej mówiąc powstawałoby prawo wyłączne do „wizerunku rzeczy”)?

Przede wszystkim, moim zdaniem, zaprzeczyłoby to sensowności istnienia większości sfery prawa własności intelektualnej. Poza innymi argumentami więc, okoliczność że prawo własności intelektualnej istnieje (i rozwija się) w systemie prawa, potwierdza, że „tradycyjne” prawo własności nie wkracza bezpośrednio w tę sferę.

Skąd taki wniosek? Otóż przedmiotem własności jest rzecz, a więc coś co istnieje materialnie i jest w jakimś stopniu wyodrębnione (bez wchodzenia w szczegóły definicyjne). Przedmiotem własności intelektualnej (chociaż jest to pewien skrót myślowy), są dobra niematerialne (stąd zresztą inne określenie tej dziedziny - prawa na dobrach niematerialnych), czyli dobra funkcjonujące abstrakcyjnie, z jedynie wtórną rolą ich fizycznych ucieleśnień (np. w postaci egzemplarzy - a więc rzeczy, czy odtworzeń - fizycznych zjawisk akustycznych lub wizualnych). Ten sam obiekt może więc być rzeczą, podlegającą „tradycyjnemu” prawu własności oraz egzemplarzem dobra niematerialnego (np. projektu według którego rzecz została sporządzona). Jeżeli np. kupujemy zdjęcie (nabywamy własność rzeczy), nie oznacza to, że automatycznie nabywamy prawa do niego (jako utworu).

Jeżeli więc prawa właściciela rzeczy rozciągałyby się na jej przedstawienia („wizerunek”), to wystarczyłoby być właścicielem np. obrazu, rzeźby, książki (w sensie składających się na nią poszczególnych kartek), itd. aby uniemożliwić innym korzystania z jej przedstawień (a więc np. reprodukcji obrazu, jego fotografii, pocztówek przedstawiających obiekty artystyczne czy nawet kserografii albo skanów książki/jej kartek). Idąc dalej tym tokiem myślenia, trudno byłoby nie przyjąć, że także odtworzenie takiej rzeczy (np. kopia rzeźby, budynku) byłoby naruszeniem własności. Podobnie sprawa wyglądałaby w sytuacji np. znaków towarowych, wzorów przemysłowych i innych „wizualnych” przedmiotów własności przemysłowej. I gdyby do tego dodać kolizje, które powstawałyby między właścicielami „takich samych” rzeczy (którzy byliby uprawnieni do ich wizerunków)...

13:02